– Kto ty jesteś? – wcielenie sukcesu.
– Jaki znak twój? – laur biznesu.
– Gdzie ty mieszkasz? – w swoim biurze.
– W jakiej firmie? – w takiej dużej.
– Czym ta firma? – celem życia.
– Czym zdobyta? – kosztem zużycia.
– Coś ty dla niej? – trybik mały.
– Coś jej winien? – świat swój cały.
Dzielna – znaczy szczęśliwa?
Mówili jej, że musi być twarda. Zęby zacisnąć i iść po swoje. Za wszelką cenę do przodu. Wybić się… Udowodnić… Zasłużyć…
Zbierając resztki sił z zakurzonej podłogi, zarywała noce, by mieć najlepsze oceny. Tłumiąc ból rozdzierający duszę po zmroku, tryskała optymizmem za dnia. Pocieszała, pomagała, była wzorem. Nawet lubiana, nigdy nie czuła się wystarczająca. Zawsze robiła zbyt mało. Zawsze powinna lepiej, bardziej.
Pękła raz – pod koniec podstawówki. Ale jak zawsze nie dość się postarała. Została na ringu. Rundę drugą, mimo lekkiego powalenia na licealną matę, również wygrała. Upragniona czerwień ozdobiła drogocenny druczek. Serca bliskich jednak wciąż nie pokraśniały dumą i miłością.
Przez pięć lat w wielkomiejski bruk wdeptywała swą samotność. O zmierzchu doprawiając ją strachem, gdy ulicą o wątpliwej reputacji, wracała z wykładów. Ciepło łóżka zastępowała orzeźwiającą kawą i marzeniami, że teraz w końcu się uda. Może wreszcie usłyszy nieznane sercu słowa.
Nie usłyszała… Nawet wówczas, gdy zbudowała dom i wspinała się po szczeblach kariery.
Podziwiana i nagradzana kolejnymi obowiązkami, stała się podporą firmy. Nauczona przed laty, że powinna bardziej, więcej… już dawno wykreśliła ze swego słownika słowo „nie”. Zgadzała się na kolejne nadgodziny, zadania. Zawsze pod telefonem, w pełnej gotowości. Była w pracy, nawet gdy opuszczała siedzibę firmy. Zmęczenie i ból były jej drogowskazami. Z politowaniem patrzyła na koleżanki, które brały zwolnienia lekarskie, urlopy. Ochłapy pochwał, symboliczne podwyżki rzucane przez szefa traktowała jak dowód swej wartości. Ignorując zmęczenie, starała się więc bardziej i mocniej. Choć dawno już przejęła obowiązki kilku osób, wciąż wątpiła w swą przydatność i bała się zwolnienia. Nie dostrzegała, ile robi, a rezultaty wydawały jej się niegodne uwagi. W bezsenne noce rozpamiętywała każdy błąd, słowo krytyki czy uszczypliwość ze strony innych.
Pękła drugi raz – w upalny sierpniowy poranek. Publicznie zganiona i oskarżona o niekompetencję zrozumiała, że ma dość. Ciosy wymierzane przez ludzi wokół nie bolały tak bardzo jak słowa rozbrzmiewające w jej wnętrzu. Uwierzyła, że o miłość trzeba walczyć. Na troskę zasłużyć, a własne potrzeby zdusić. Nowy dzień oznaczał dla niej kolejną rundę. Nagrodą miało być prawo do życia, bycia zauważonym. Żaden wysiłek nie przybliżał jej jednak do zwycięstwa.
– Musisz walczyć – przekonywała więc samą siebie – to walcz o siebie. Nikt inny tego nie zrobi…
O świcie stanęła zatem do kolejnej walki. Ze światem. Ze strachem. I z własnymi słabościami. Ale nie ze sobą! Tym razem dla siebie. I na własnych zasadach!
Znasz kogoś, kto żyje tak samo? Kogoś, komu te słowa mogłyby pomóc? Pozwól im popłynąć dalej.
A może sama się w tym odnajdujesz?
Napisz o tym w komentarzu albo po prostu – przeczytaj tekst raz jeszcze. Dla siebie. Z łagodnością i czułością.
Z serdecznością
Joanna
PS. Jeśli masz ochotę na dawkę codziennych inspiracji i spokojnych refleksji – zapraszam do mojej przestrzeni na Facebooku: https://www.facebook.com/joannastrzelecka.pisze
🕊️ Ważne słowo na koniec:
Ta przestrzeń powstała z potrzeby harmonii i wzajemnego szacunku. Komentarze są moderowane – nie publikuję treści, które ranią, dzielą, obrażają lub sieją niezgodę.
Dziękuję, że pomagasz mi współtworzyć to miejsce z łagodnością. 💛

Bardzo poruszający wpis…